Na naprawianie zwykle był czas zanim o tym pomyśleliście.

photo-1461081500204-8bc460476dd8

Kiedyś po Sieci krążył taki mem – para i staruszków i podpis. „Wytrzymali” ze sobą 50 lat, bo „urodzili się w czasach w których gdy coś się psuło to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza”.

Jeden z cytatów, który dobrze wygląda w teorii, ale gorzej w praktyce. Taki, któremu „wypada” dać wirtualną okejkę, bo to świadczy o „dobrym sercu”.

Po pierwsze – idealizacja przeszłych lub przyszłych czasów zwykle ma w sobie coś z zamykania oczu na rzeczywistość i ucieczki w świat iluzji. Ludzie nie byli tak moralni i rozważni, tylko nie mieli innej możliwości niż trwanie w związkach. Owszem, można znaleźć tego plusy, ale osobiście zamiast cieszenia się z długiego „wytrzymywania” z kimś w klatce wolę pobyć z kimś na wolności, nawet kosztem ewentualnej ucieczki.

Po drugie – trafiając na takie twierdzenia od razu myślę o tych wszystkich, którym miesiącami rzednie mina na pytanie o ich związek, albo o osobach, których oczekiwania i marzenia radykalnie rozbijają się o rzeczywistość. Co, oni wszyscy są tacy głupi? Nie wpadli na to, że wystarczy naprawić?

 

Moralne napiętnowanie zrywania

W komentarzach pod tym memem przeczytać można było, że dziś zrywanie traktowane jest jako normalne i to źle.

Osobiście uważam wręcz przeciwnie – napiętnowanie tych, którzy zrywają ma się bardzo dobrze i wiele osób wciąż czuje się nieswojo z tym, że chce pójść w swoją stronę, bo zaraz usłyszą, że są samolubnymi egoistami lub że nie patrzą na uczucia innych. W sumie wychodzi na to samo.

Logicznie patrząc na tego rodzaju opinie wydaje się, że formułujące je osoby uważają, że twój związek jest dla wszystkich, tylko nie dla ciebie. Powinieneś całe życie się poświęcać i brnąć w relacje, które cię nie zadowalają. Powinieneś wiecznie patrzeć na wszystkich, z wyłączeniem samego siebie.

Kto jest jednak większym egoistą – ten kto szczerze informuje drugą stronę, że nie chce jej blokować, bo sam przestał odczuwać satysfakcję ze związku, czy może ten kto moralnie szantażuje innych, żeby dla własnego dobrego samopoczucia inni robili to czego sami nie chcą?

To inni zmuszając cię do trwania w relacjach których nie chcesz są pieprzonymi egoistami. Nie chcą żebyś liczył się ze sobą. Masz liczyć się z nimi i ich normami, bo to oni są najważniejsi na świecie.

No nie, nie są.

 

Na czym polega „naprawianie”?

Problem z naprawianiem jest taki, że zwykle dochodzi do niego wtedy kiedy już jest za późno. Najpierw problemy uważa się za chwilowe, a kiedy tych chwil jest coraz więcej – sytuacja staje się podbramkowa.

Atrakcyjność związku buduje się cały czas, bo satysfakcja ma krótką pamięć. Nie ma znaczenia, że pół roku temu mieliście randkę życia, jeżeli od tego czasu wasz związek stał się mieszaniną rutyny z rozczarowaniem. Poziom szczęścia to zawsze rachunek zysków i strat z ostatniego czasu. Szczęście nie jest obiektywne i nie widzi tego co było wcześniej. Ma ono więcej wspólnego z koszykówką niż z piłką nożną. To masa mozolnie zbieranych małych punktów, a nie jedna, spektakularna bramka, która pada relatywnie rzadko.

Z tego też powodu jeżeli wasz związek zaczął płynąć na górę lodową – widocznie nie byliście dostatecznie przyzwyczajeni do ciągłego podbijania satysfakcji ze związku. Trudno jest więc z dnia na dzień nauczyć się praktyki, która jest – nie oszukujmy się – bardzo trudna. Tu nie wystarczy, że założysz bieliznę, która od dawna leżała na dnie szuflady, albo, że zabierzesz ją na wakacje, których nie mieliście od dawna. To może zadziałać na chwilę, ale jeżeli nie jesteście przyzwyczajeni do dbania o satysfakcję związku – „naprawianie” nic nie da. Wrócicie do wcześniejszego punktu.

Ludzie tego nie rozumieją, bo chcieliby brać, ale nie wiedzą, że branie przy braku ciągłego dawania to tylko echo dawnego dawania, które w końcu musi ucichnąć. Chcieliby, żeby „było dobrze”, ale kiedy jest dobrze – często nie robią wiele, żeby za tydzień czy miesiąc też tak było.

Z tego też powodu „naprawianie związku” udaje się nielicznym, bo mało kto jest w stanie przezwyciężyć ten mechanizm. Podobnie jak o zdrowie zwykle dba się dopiero kiedy zaczyna się być chorym. Gdy zdrowie dopisuje – je się śmieci i olewa sport, bo po co się męczyć. Cała sztuka polega na tym, żeby o zdrowie dbać zawsze.

 

Czemu ludzie nie kończą złych związków?

Po pierwsze – bo za dużo zainwestowali.

Jedną z technik wywierania wpływu na ludzi jest wydobycie z nich zaangażowania, które w konsekwencji zmusi ich do ślepej konsekwencji.

Im dłużej bierzemy udział w telefonicznej ankiecie w której nie chcemy brać udziału, zamiast od razu odmówić – tym większa szansa, że wytrwamy do końca. Jeżeli zatrzymamy się na ulicy i zaczniemy słuchać wywodu, który sprowadza się do propozycji wpłacenia pieniędzy na szczytny cel – zrobimy to prędzej niż gdybyśmy od razu dowiedzieli się o co chodzi. Chcemy być konsekwentni i trzymać się raz podjętej decyzji.

Ogólnie rzecz biorąc – nikt nie lub się przyznawać do błędów, a już szczególnie nie chce, żeby wszyscy się o tym dowiadywali. Stwierdzenie przed sobą, że zmarnowało się czas i popełniło błąd jest nieprzyjemne.

Relacje to też rodzaj inwestycji. Trwające miesiącami i latami związki wymagały masy czasu, zaangażowania, pieniędzy i emocji, a po czasie stają się cząstką nas samych.

I co, ja mam nagle uznać, że to wszystko było na marne? To jak iść do kasyna, przegrać stówę i grzecznie wyjść. Mózg nakazuje nam dalej inwestować, bo przecież musimy się odkuć. Poza tym zawsze ładnie uzasadnimy sobie dlaczego w przeszłości mieliśmy rację.

 

Po drugie – bo koszty wyjścia są wysokie.

Obojętnie czy to napiętnowanie otoczenia, czy wspólne mieszkanie, dzieci i kot. Każda tego rodzaju decyzja wiąże się z masą skutków pobocznych. Większość z nich do przyjemnych nie należy, dlatego prawdopodobieństwo podjęcia decyzji o zerwaniu maleje wraz ze wzrostem kosztowności i liczebności barier wyjścia.

 

Po trzecie – bo są uzależnieni od innych.

Kiedy związek staje się częścią nas samych, nasz stan psychiczny zostaje uzależniony od trwania związku, czyli od czynnika zewnętrznego.

Bardzo wiele osób nie jest przyzwyczajona do przebywania tylko z sobą, bo zawsze ktoś był obok. Oczywiste jest, że tego rodzaju postawa to skazywanie siebie na wieczną niepewność w postaci wpływającego na poziom szczęścia czynnika nie do końca zależnego od nas. Rozpaczliwie boimy się wtedy utraty zewnętrznego bodźca, bo wtedy zostajemy na lodzie.

Wiele osób przed zerwaniem szuka sobie miejsca w które można wskoczyć gdy tylko zostanie się wolnym, ale – co oczywiste – moszczenie sobie nowego gniazdka wymaga kolejnych porcji zaangażowania i inwestycji.

 

Czy naprawdę lepiej zrywać?

Ty wiesz najlepiej.

Jak zwykle kluczem jest samoświadomość. Jeżeli masz świadomość wszystkich powyższych procesów, a także innych na których opierają się relacje – masz bazę ku temu, żeby decydować. Może warto zrywać, może warto naprawiać.

Zwykle na tych, którzy nie chcą naprawiać narzekają ci, którzy chcą to robić, więc mają w sobie motywację do pracy nad związkiem. Pamiętaj więc, że zamiast grać w drużynie z kimś kto nie chce biegać możesz zmienić drużynę. Oczywiste jest, że na naprawianie nie narzeka się tam, gdzie obie osoby uważają je za swój obowiązek.

I pamiętaj, że nie jesteś nikomu nic winien czy winna, bo to twoje życie i nikt nie przeżyje go za ciebie.