Inni oceniają cię na podstawie drobnych ułamków twojej osobowości. Od ciebie zależy czy te ułamki są wysokobudżetowymi teledyskami w pięknej jakości czy ryczącymi reklamami, które inni mają ochotę wyłączyć po sekundzie.  

photo-1429962714451-bb934ecdc4ec

Muzycy nagrywają albumy przez tygodnie, miesiące lub lata. Godziny, dziesiątki i setki godzin spędzone w studiu. Niezliczony czas przeznaczony na myślenie o nowych konceptach, melodiach, tekstach, metaforach, porównaniach, solówkach, beatach, występach gościnnych, mixie, masteringu, aranżacjach. W końcu się udaje. Efekt pracy zaczyna nabierać ostatecznego kształtu. Myśli, uczucia, emocje i zaangażowanie przybierają konkretną formę. Formę zamkniętą w kilkudziesięciu minutach muzyki. Kilkadziesiąt minut w których zamyka się ostatnie kilka lat wysiłku.

I wtedy zaczyna się dylemat. To co dla ciebie jest oczywistą wartością – twój album – dla reszty świata taką wartością nie jest. Ty wiesz co zawiera płyta – reszta świata nie wie. Musisz ją wypromować. Nagrałeś kilkanaście utworów, które są różne. Słuchacze mają jednak mniej skrupulatny stosunek do twojej twórczości. Nie śledzą jej od A do Z.

Przeciętny słuchacz nie usłyszy nic z twojego albumu, a jakaś garstka świata posłucha singli. Zwykle to jakieś dwa utwory do których kręci się teledyski. Od ich odbioru zależy czy słuchacze poznają resztę tego co masz im do zaoferowania. W tej grupie są twoi potencjalni fani i chlebodawcy, krytycy i obojętni.

I wtedy stajesz przed dylematem, które utwory wybrać na single.

 

Ludzie zmieniają się cały czas i są tymi, którymi zbudowała ich przeszłość. Wykuwają swój charakter, budują kompetencje, znajomości, uczucia, poglądy i doświadczenia. Zmieniamy się. Wiemy jacy jesteśmy, albo nawet tego nie jesteśmy pewni. Ciągle nagrywamy swój album.

I też mamy dylemat. Bo dla innych również nie jesteśmy najważniejsi na świecie i nie interesuje ich całe bogactwo naszej osobowości.

Każdy jest czasem świetny, a czasem beznadziejny. Każdemu puszczają nerwy i każdy jest w czymś naprawdę dobry. Nie ma idealnej muzyki, tak jak nie ma idealnych ludzi. Są momenty lepsze i są momenty gorsze.

Codziennie poznajesz nowych ludzi i codziennie spotykasz tych, których już znasz. Oni nie znają ciebie w całości. Znają tylko to co im pokazujesz. Wycinek, fragment, atom.

Sytuacja wtedy jest prosta – albo puszczasz ludziom utwory, które zachęcają do poznania całości, albo zaprzepaszczasz szansę pokazując się ze złej strony. Wtedy cała reszta może być cudowna, ale nikt oprócz ciebie się o tym nie przekona. Nagrałeś świetną płytę, ale ona jest świetna tylko dla ciebie.

 

Od ciebie zależy jaki swój wizerunek tworzysz.

Wiesz, że ludzie przypisują innych cechy charakteru na podstawie wyglądu i pierwszego wrażenia. Od ciebie zależy czy ignorujesz to czy pomagasz sobie i wyglądasz dobrze dbając o sylwetkę, ciuchy, wygląd i zdrowie.

Wiesz, że istnieje masa wiedzy na temat psychologii relacji międzyludzkich. Od ciebie zależy czy uczysz się tego i poprawiasz swoje stosunki z innymi czy może wybierasz ignorancję i skazujesz się na błądzenie we mgle.

Możesz pracować nad sobą i puszczać innym single, które podobają się coraz większej liczbie ludzi, dzięki czemu sam poznajesz tych wartościowych, których inaczej nie miałbyś szansy poznać. Możesz być osobą z którą inni chcą przebywać. Stałość charakteru to jedno z największych kłamstw i wymówek jakie istnieją.

Nikt nie nakazuje ci być marudzącą łajzą z którą krótka rozmowa pozwala zepsuć dzień każdemu. Nikt nie nakazuje ci być ciągłym sędzią krytykującym wybory innych z pozycji autorytetu. Nikt nie nakazuje ci przytłaczać innych swoimi problemami od pierwszej sekundy spotkania. Nikt nie zmusza do bycia uciążliwym i namolnym. I tak dalej.

Każdy ma swoje najgorsze momenty.

Gryzienie się w język wtedy kiedy trzeba zwiększa jakość twoich singli, a z czasem może całkowicie wyeliminować je z twojego repertuaru.

 

Tylko artysta-samobójca nie szanuje swoich słuchaczy. Tylko artysta-samobójca nie zastanawia się nad tym w jaki sposób dotrzeć do nowych odbiorców. Nie ma to nic wspólnego z naginaniem swojej twórczości dla potrzeb innych.

Patrząc na to jak odbierają cię inni pomagasz też sobie. Bycie sobą nie polega na tym, że chodzisz brudny i śmierdzący. Myjesz się i dalej jesteś sobą.

Lepiej być sobą z dobrymi singlami i dobrym repertuarem niż być sobą z szumiącą kakofonią jako singlami, przekonując innych, że reszta albumu jest świetna, ale ludzie są płytcy i oceniają po okładce. Zwykle oceniają, ale również zwykle wcale słabe single nie idą w parze z dobrym albumem.