Dużo piszę jak żyć, ale nie piszę czego słuchać. A co to za życie bez słuchania?

photo-1458222960031-58c2a8f3ae50

Anderson .Paak – Malibu

Każdy kto kocha czarną muzykę zakocha się w tym albumie. Każdy kto przynajmniej znosi czarną muzykę – uzna ten album za świetny.

Tu jest wszystko. Ciepły, pulsujący i słoneczny funk, jazzujące bity, momenty o potencjale hitowym i te bardziej kołyszące. Paak rapujący, śpiewający i podśpiewujący. Goście pokroju Taliba Kweliego, ScHoolboya Q czy The Game’a. Produkcje od Madliba, Hi-Teka czy 9th Wondera.

Polecam gorąco wszystkim fanom czarnych rytmów i znudzonych miałkością współczesnego rapu. Absolutna perełka i sądząc po recenzjach nie jestem w tym zdaniu odosobniony.


dvsn – Sept. 5th

Gdzieś wyczytałem określenie muzycznej twórczości dvsn jako hipsterskie r’n’b. Brzmi nieźle i pasuje.

Jeżeli r’n’b kojarzy wam się z wypranym z emocji zawodzeniem pod publiczkę i odtwórczością – sprawdźcie ten album.

Bardzo spójny, świetnie wyprodukowany i idealny zarówno do randkowania, jak i jako muzyka tła. Jako to ostatnie zwykle lepiej wypada downtempo, ale w tym półroczu albumami z tego gatunku nie obrodziło.


Jordan Rakei – Cloak

Najbardziej soulowo-jazzowa płyta w tym zestawieniu.

Jeżeli soul to muzyka duszy, to ten album jest jego definicją. Ciepły, męski wokal i iście jazzowe instrumentarium. Rozbudowane kompozycje, a jednocześnie zachowana spójność utworów i ich lekkość.

Moje tegoroczne odkrycie, bo jeszcze parę miesięcy temu w ogóle o tym panu nie słyszałem.


Majid Jordan – Majid Jordan

Kolejne hipsterskie r’n’b.

W kategorii pościelówki chyba najlepszy album w tym roku. Pulsujący, transowy i mocno uwodzicielski.

Momentami brzmi to wszystko jak wyjęte z lat 80., a momentami to już future r’n’b. Raz tanecznie, raz romantycznie, a całość brzmi bardzo świeżo i wpada w ucho.


Pelson – Bumelant

Jestem lekko zszokowany, że album reprezentanta Molesty się tu znalazł, ale nic nie poradzę, że jest po prostu świetny i idealny na lato, a do tego teksty bardzo wpisują się w klimat bloga.

Pelson to weteran polskiej sceny rapowej i skłamałbym pisząc, że jest w pierwszej lidze raperów pod względem umiejętności. Nic z tych rzeczy – rapuje wciąż podobnie i nie ma tu żadnych eksperymentów, technicznych fajerwerków, ani wymyślnych, mających trzecie dna wersów.

Jednak co z tego, jeżeli warstwa muzyczna to kwintesencja słoneczności i błogości, a gospodarz mógłby swoim życiowym luzem obdarować pół Polski? Świetnie się tego słucha. Po seansie z Bumelantem trudno nie być uśmiechniętym.


Radiohead – A Moon Shaped Pool

Dobra, gitarowcy, macie choć jedną rzecz dla siebie.

Radiohead jakie jest każdy widzi. Jedni się zachwycają, a drudzy śmieją z recenzji stawiających Radiogłowę jako najwyższe stadium muzycznej doskonałości.

Nie jestem w żadnej z tych grup, ale ten album mi się podoba, bo budzi emocje. Słuchając Thoma Yorke’a czuję rzewność, melancholię, niepokój, nadzieję i pewnie jeszcze dziesiątki innych. Warto znać.


Skepta – Konnichiwa

Ta płyta to jeden wielki szlagier i potencjał hitowy. Osobiście polecam ją do biegania, bo pokonując kolejne kilometry czuje się jakby było się blisko pokonania rekordu świata.

Skepta to reprezentant gatunku określanego jako grime, czyli brytyjskiego hip-hopu, opierającego się na szybkich, połamanych, elektronicznych bitach i technicznym rapowaniu pod nie.

A, no i jest Pharrell gościnnie.


Rezerwowa siódemka:

Brodka – Clashes
Flatbush ZOMBiES – 3001: A Laced Odyssey
James Blake – The Colour in Anything
Kendrick Lamar – untitled unmastered.
Łona i Webber – Nawiasem mówiąc
O.S.T.R. – Życie po śmierci
We Draw A – Ghosts

Kogo pominąłem?