… a powinna.

photo-1446329360995-b4642a139973

Problemem systemu edukacji jest to, że jest systemem. Że ten system funkcjonuje sobie od dawien dawna i tworzą go politycy. Że ten system jest centralistyczny, odgórnie zaplanowany i zmiany w nim bywają jedynie kosmetyczne. Wszyscy uczyli się w podobny sposób podobnych rzeczy, więc kolejne pokolenia powinny robić tak samo. „Hej, ja też się uczyłem rzeczy bez sensu, dorośniesz to zrozumiesz po co”.

Nie wiem czy dorosłem, ale wiem, że nadal nie zrozumiałem po co. Miliardy złotych zabierane nam pod przymusem wydawane są co roku na trzymanie w klatkach tysięcy ludzi zmuszanych do posłuszeństwa i uczenia się rzeczy, których nie chcą się uczyć i które szybko zapomną. Jeden odgórnie narzucony program, który ma się do rzeczywistości jak pięść do nosa, narzucana bierność, systematyczne zabijanie kreatywności i tępienie samodzielnego myślenia.

Pomysłów na to jak kogoś uczyć może być nieskończenie wiele. Każdy program i sposób może być najlepszy dla jednego a całkowicie nietrafiony dla drugiego. Bo ludzie są różni. To jest fundament, którego nie rozumie 99% społeczeństwa i nadal upiera się przy tym by wszystkich traktować jak masę. Tłum, kolektyw, rubryczkę w Excelu. Każde dziecko traktują jak przyszłego, posłusznego niewolnika systemu, który będzie płacił podatki i w przyszłości usprawiedliwiał to co sam przeszedł. Dlatego polityk musi mu narzucić czego i jak ma się uczyć. Ludzie są zbyt głupi by pozwolić im tworzyć szkoły takie jakie chcą. To jest myślenie przygniatającej większości żyjących obecnie homo sovieticus.

Myśląc o tych wszystkich zmarnowanych godzinach, które przeżywał każdy z nas przyszło mi do głowy pięć przedmiotów, które byłyby uniwersalne w każdej dobrej szkole. Może wtedy byłoby mniej młodych starców, starych narzekaczy i międzypokoleniowych nieudaczników.

 

  1. Psychologia

Schemat: jedyną inteligencją jaką rozwijamy jest ta skupiająca się na intelekcie, wiedzy i faktach.

Pomijanie w edukacji istnienia inteligencji emocjonalnej i roli poznania psychiki człowieka to taki absurd, że trudno to nawet komentować. Każdy jest człowiekiem i każdy zadaje się z ludźmi. Nie każdy kiedykolwiek poza szkołą liczy logarytmy, zajmuje się elektronami walencyjnymi i bitwą pod Termopilami. Co jest ważniejsze?!

Modelowym przykładem produktu końcowego procesu edukacji publicznej jest „dobrze wykształcony” człowiek „sukcesu”. Robiący karierę zawodową, zarabiający przyzwoite pieniądze i jednocześnie ponoszący całkowite fiasko na płaszczyźnie życia osobistego. Człowiek ten nie rozumie sam siebie, nie potrafi radzić sobie ze swoimi emocjami, jego relacje są powierzchowne, albo nie ma ich wcale. Boi się płci przeciwnej, uważa, że kobiety są niezrozumiałe a mężczyźni okropni i zamyka oczy na rzeczywistość. Nie ma przyjaciół, nie umie rozwiązywać konfliktów, porozumiewać się i zjednywać sobie ludzi. Deprecjonuje znaczenie wiedzy psychologicznej, bo nie uważa tego za naukę. Ewentualnie potrzega zdolności interpersonalne jako takie z którymi trzeba się urodzić czym usprawiedliwia własne stanie w miejscu.

 

  1. Zdrowie

Schemat: każdy niech je co uważa, nie zajmujemy się tak błahymi sprawami jak analizowanie chipsów, ryżów i kawy. Do lekarza – jak cię boli. Do jakiego – sprawdź se w necie.

 

Mimo tego, że lekcje biologii trwają niemal dekadę – rola praktycznego wykorzystania tej wiedzy w życiu codziennym dąży do zera. „Przerabiane” jest niemal wszystko, a uczniowie grzecznie siedzą z butelkami Coli na ławkach.

Produktem końcowym jest w tym przypadku człowiek, który jest całkowicie nieświadomy tego co je i pije. Człowiek ten nie ma pojęcia o tym czego potrzebuje jego organizm, bo nikt nie zwrócił mu na to uwagi, a kiedy uzależnił się w młodym wieku od szkodliwych produktów i nawyków – trudno mu uznać to wszystko za złe i odzwyczaić się. Niby słyszał, że to lub tamto jest szkodliwe, ale w jaki sposób jest szkodliwe i czym to zastąpić – nie ma pojęcia. Zwykle całą wiedzę na ten temat zbywa zwrotami typu „na coś trzeba umrzeć”, albo rozkłada bezradnie ręce i mówi, że jest tyle teorii na ten temat, że trudno się w tym połapać. Sam jest zwolennikiem tajemniczej teorii typu Cola i pączki. Skoro tyle jest teorii to ta rzeczywiście wydaje się być najbardziej rozsądna.

 

  1. Filozofia

Schemat: nie zajmujemy się abstrakcyjnymi ideami, wspominamy tylko, że były i nie dyskutujemy nad ich sensem. Religia – jedna, a reszty nie ma.

 

Każdy żyje, każdy zastanawia się po co i każdy wyznaje jakieś poglądy, nawet jak myśli, że nie wyznaje żadnych. A co na to szkoła? Ano nic. To trudne, więc nie zajmujmy się tym.

W tym przypadku człowiek kończący proces państwowego urabiania w szkole jest całkowicie wyzbyty samodzielnie wypracowanych poglądów, zdolności krytycznego myślenia i znajomości różnych prądów filozoficznych, politycznych, religijnych itd. Poznać go można po rzucaniu hasełek typu „każdy ma prawo do swojego zdania” i wzruszaniem ramionami za którym kryje się bezrefleksyjna pustka. Człowiek ten nie ma pojęcia na temat bogactwa idei, bo nigdy nie spotkał się z nimi w interesującej formie. Idei tych nie było w ogóle, albo były przedstawiane w postaci jednozdaniowych formułek nad których sensem i krytyką nikt się nie zastanawiał. Człowiek ten deklaruje tolerancję, ale tak naprawdę jest jej całkowicie wyzbyty, bo nie ma pojęcia o świecie i zamyka się w ciasnym kokonie swoich uprzedzeń i jedynie słusznych poglądów, które nabył kiedyś tam, całkowicie przypadkowo. Uważa się za wykształconego, ale fakty przeczą temu w całej rozciągłości. Jego religijność jest sprowadzona do płytkiej powierzchowności i nieznajomości argumentacji innej niż ta, którą sam wyznaje na zasadzie zasiedziałego wewnętrznego gościa, który nie pojawił się tam na zaproszenie, ale po prostu od dawna tam jest i już.

 

  1. Kultura

Schemat: wiedza o sztuce w szkole to jedno, sztuka poza nią to drugie.

 

W tym przypadku rzeczywistość rozmija się z programem nauczania tak głęboko, że każdy uznał to już za normalne. Ale to normalne nie jest.

Umówmy się – prawie każdy czegoś słucha, coś ogląda, coś czyta, coś podziwia. Niektórzy nawet są twórcami. Lubimy to i potrzebujemy tego. A szkoła co? Ano nic, szkoła swoje. Odrealniona hen daleko, „daleko w tyle gdzieś pedałuje na rikszy”.

Znam mnóstwo osób, które mówią, że lubią oglądać filmy lub nawet interesują się kinem, ale nie wiedzą kim jest Ingmar Bergman, Lars von Trier czy Krzysztof Kieślowski. Mniejsza z konkretnymi nazwiskami. W szkole takich postaci nie poznasz. Nie obejrzycie klasyki kina, nie porozmawiacie o niej. Nie poczytacie książek, które miliony ludzi uważają za przełomowe w swoim życiu. Nie posłuchacie muzyki, która jest doceniana w swojej niszy i którą zachwycają się tłumy albo garstki. Nie, będziecie tłukli rzeczy, które nikogo nie obchodzą i które nie wzbudzą w was żadnych emocji.

Produkt lekcji sztuki czy wiedzy o kulturze to człowiek, który ma treści przekazywane na tych przedmiotach w głębokim poważaniu. Nie widział najważniejszych dzieł kinematografii, słyszał o nich, ale uważa je za nudne, przestarzałe, takie w których nie gra Karolak. Słucha muzyki radiowej, nie zna się na gatunkach, które skreślił z góry. Pani nauczycielka na lekcjach zatrzymała się czterdzieści lat temu i jest nieświadoma tego, że miliony ludzi na całym świecie zachwycają się różnymi gatunkami w których wiele jest rzeczy wartościowych. Ona tego nie zna, więc nigdy nie będzie tego omawiać z uczniami. Człowiek po tych lekcjach wychodzi pełen stereotypów dotyczących słuchania muzyki czy czytania książek. Książki kojarzą mu się z nudą, odrealnieniem i stratą czasu. Lektur, które były omawiane na lekcjach nie czytał, bo uważał to, w większości słusznie, za stratę czasu. Nikt nie pokazał mu różnorodności literatury i tego, że wśród pisarzy rozstrzał jest podobny jak w punkcie poprzednim – filozofii. Książki kojarzą mu się z Mickiewiczem, Słowackim i Kmicicem na koniu, Mesjaszem narodów na Mount Blanc, Kordianem i Konradem w jednym, krzepieniem serc i usypianiem młodzieży. Wiecie o co chodzi, koniec wyzłośliwiania.

 

  1. Rozwój osobisty

Schemat: nie poruszamy waszych problemów. Pytamy gdzie chcecie iść na studia, ale nie pytamy po co.

 

Docenienie indywidualizmu człowieka i rozwinięcie umiejętności radzenia sobie z samym sobą to rzeczy, których w szkołach nie ma prawie w ogóle.

Takie drobnostki jak wypracowanie poczucia własnej wartości, znalezienie swojej drogi życiowej, nauczenie się czerpania przyjemności z życia i efektywne nim zarządzanie – nieważne, nie ma, wykreślić.

Człowiek po kilkunastu latach państwowej urawniłowki jest zagubiony. Nie wie co chce robić, nie wie kim chce być, albo przyjmuje schematy, które wtłoczyło mu do głowy społeczeństwo. Wokół niego brakowało lub brakuje osób, które potrafiłyby pomóc mu i wypracować z nim jego własną ścieżkę. Nie umie pracować nad sobą, pełen jest obaw, kompleksów i wątpliwości. Podąża więc za tłumem, nawet jeśli nie jest do tego przekonany. Idzie na studia, które nie są dla niego, znajduje pracę, która go nie cieszy, ma problemy w relacjach, więc znajduje przypadkową „drugą połówkę” z którą bierze ślub i płodzi dzieci. W międzyczasie kredyt na mieszkanie, które spłaci za 20 lat. Wspólne wakacje raz do roku na których jest jak zawsze, czyli nudno, na co dzień harówka i przekonywanie siebie, że kiedyś będzie lepiej. W pewnym momencie człowiek ten czuje, że zrobił wszystko co trzeba, ale nadal nie jest do końca szczęśliwy. No właśnie, zrobił wszystko czy nie zrobił niczego?

Mark Twain radził, żeby nie pozwolić szkole stanąć na drodze własnej edukacji. Jakże łatwiej byłoby po prostu stanąć na drodze państwowemu systemowi edukacji i go zlikwidować. Dla edukacji naszej, naszych dzieci i przyszłych pokoleń.